O stracie

Nauki w bólu

Sumę życiowych doświadczeń można sobie wyobrazić jako budowaną w czasie strukturę – nieskończenie skomplikowaną i pełną wzajemnych powiązań. Jest dynamiczna, ale szukamy w niej stabilności, bo daje nam poczucie bezpieczeństwa. Stratę można porównać do wybuchu bomby, która rozsadza pewną część struktury. W pierwszym etapie panuje szok i dezorientacja, wszystko spowija gruba zasłona pyłu i odłamków. Dopiero po pewnym czasie obraz pogorzeliska staje się trochę wyraźniejszy.

Zarówno sam wybuch, jak i jego konsekwencje są przepełnione bólem. Cała struktura zaczyna się chwiać i zrozumiałym jest strach przed tym, że na drodze reakcji łańcuchowej zniszczeniu może ulec wręcz wszystko. Dla wielu osób naturalną reakcją będzie poszukiwanie schronienia w tych obszarach życia, które wydają się najmniej naruszone, a przez to najbezpieczniejsze. I bardzo dobrze. Gdzieś trzeba zregenerować siły, nabrać dystansu. Problematyczna może być fiksacja na ucieczce od źródła bólu.

Egzystencja to układ naczyń połączonych i zniszczenia po stracie nigdy z niej nie znikną, mogą co najwyżej ulec transformacji, ale do tego potrzebny jest aktywny udział osoby. Uporczywie odwracając uwagę od straty uniemożliwiamy rozpoczęcie procesu żałoby, a przez to naprawy. Obszar zniszczeń pozostaje w głębokiej niestabilności i wrażliwości, osłabia sąsiednie struktury, rozsiewa swoje zanieczyszczenia. Nie ma innej możliwości przeciwdziałania, jak na powrót zapuścić się w obszar straty. Potrzebujemy dokładnie zobaczyć co i dlaczego zostało zniszczone, a możemy to zrobić tylko z bliska. Potrzebujemy oczyścić zgliszcza, odprawić pogrzeb, wzmocnić to, co przetrwało, postawić upamiętniający pomnik lub zbudować coś zupełnie nowego z użyciem pozostałości po starym.

Nie da się tego jednak zrobić bez bólu. Bycie w stracie nie jest przyjemne, konfrontuje nas z ciemną stroną rzeczywistości. Oglądając zniszczenia z bliska może się okazać, że to my doprowadziliśmy do katastrofy ignorując znaki ostrzegawcze. Może się też okazać, że absolutnie nic nie dało się zrobić i byliśmy bezradni wobec okrutnego losu. Może do nas dotrzeć, że pewnych procesów nie da się zatrzymać i to, co wydarzyło się w jednym miejscu, w końcu będzie musiało wydarzyć się w kolejnych. Może pojawić się strach, złość czy wstręt, ale na samym końcu pozostanie przede wszystkim głęboki smutek.

Morze łez

Każda emocja ma swoje znaczenie, rolę i naukę do przekazania. Smutek jest fundamentalną reakcją naszego organizmu na stratę. Obniża poziom pobudzenia i napięcia, odbiera siły, sprawia, że opadają nam ręce, zmusza do zatrzymania się w miejscu. Pokazuje, że czas na działania się skończył, że już nic nie da się zrobić, że nie ma sensu się szarpać. Zamiast akcji proponuje wgląd i refleksję. Jest w nim zawarta głęboka prawda o życiu – wszystko przemija.

Nie musi to być jednak przekaz nihilistyczny, traktujący o braku sensu. Każdy interpretuje znaczenia w kluczu swojego wyjątkowego życiowego kontekstu, ale na poziomie biologicznym smutny spadek energii można traktować jako zaproszenie do regeneracji. Czas na walkę w tej konkretnej sprawie się skończył. Nie ma się już po co złościć ani dokąd uciekać. Odpuść, odpocznij, bo twoje siły będą potrzebne tam, gdzie jeszcze płynie życie. Jest to wycofanie się z pola, gdzie straciliśmy wpływ i sprawczość, ale celem jest odkrycie kierunków, w których dalej możemy coś zdziałać. Smutek nie powinien odbierać naszej witalności (wtedy mamy raczej do czynienia z depresją), tylko oszczędzać ją na dalszy czas.

Czasami strata jest jednak tak duża, że smutek się pogłębia. Nie tylko zatrzymujemy się w miejscu, ale wręcz zaczynamy zapadać się w sobie. Następuje wtedy kolejna charakterystyczna reakcja organizmu – aby uchronić przed pochłonięciem przez pustkę następuje nagły przypływ witalności i wybucha płacz. Nagle wyraźnie czujemy cały nasz organizm – wstrząsają nami spazmy, trzęsiemy się, załamujemy ręce, szlochamy, wzdychamy, krzyczymy, zaciskamy grymasy na twarzy, z naszych oczu potokami płynie woda – substancja będąca podstawą życia na Ziemi. Słona jak ocean, z którego wyszliśmy na ląd.

Fizjologicznie, emocjonalnie i duchowo płacz jest organicznym rytuałem oczyszczenia. Poprzez drżenie mięśni uwalniają się pokłady nagromadzonego przez tragedię napięcia. Znajduje ono ujście w spazmach, ponieważ strata to również śmierć jakiegoś kawałka naszej wewnętrznej rzeczywistości, który w ten sposób zostaje oddany światu. Z drugiej strony jest zwrotem ku życiu wewnątrz nas. Przypomina nam o jego intensywności, które mimo straty ciągle w nas drzemie. Coś odeszło na zawsze, ale nasza osoba cały czas jest wypełniona witalną energią, możliwą do wykorzystania. Mimo tak bliskiego doświadczenia pustki nasze ciało wręcz krzyczy o tym, że ona nas samych jeszcze nie dotyczy. Że ciągle mamy coś do zrobienia.

Być może najważniejsza w płaczu jest jego społeczna funkcja zwrotu ku innym. Zwrotu ku życiu poza nami. Możemy tego nie chcieć, możemy czuć się z tym niewygodnie odsłonięci w swojej wrażliwości, ale płacz widać i słychać, a wrodzona empatia sprawia, że nikt nie jest w stanie przejść obok tego zjawiska obojętnie. Tak jak małe dziecko wręcz zmusza swoim płaczem rodziców do gorączkowego poszukiwania sposobu na zaspokojenie jego potrzeb, tak i dorosły w swojej stracie wysyła wyraźny sygnał wołania o pomoc. Potrzebujemy innych ludzi, a to co mają nam do zaoferowania może stanowić oparcie niezbędne do odbicia się z powrotem ku życiu.

Święto zmarłych

Żałoba po dużych, ważnych stratach w zasadzie nigdy się nie kończy i nawet nie powinna. Są to sprawy o tak dużym osobistym znaczeniu, że próby ich wymazania z pamięci będą nie tylko nieefektywna, ale wręcz szkodliwe, bo generujące ślepą lukę w strukturze naszej osobowości. Śmierć bliskiej osoby zawsze pozostanie smutną. Wyzwaniem żałoby jest znalezienie w naszym życiu odpowiedniego miejsca na ten smutek tak, aby był on w stanie istnieć w harmonii z życiem, które zostało. Na poziomie kultury widzimy taki przekaz w święto zmarłych – specjalny dzień w roku, który namawia nas do odwiedzin bliskich na cmentarzu. Ponownie otwieramy wtedy wspomnienia, a wraz z nimi całe spektrum emocji związanych z tym, czego już nie ma. Jest to oczywiście bolesne, ale paradoksalnie w pewnym sensie odwraca stratę. Cała energia, którą kierujemy ku utraconemu przywołuje na powrót relację, a przeszłość znowu może aktywnie zacząć oddziaływać na naszą teraźniejszość i przyszłość. To dlatego, że strata nie usuwa doświadczeń. To co kiedyś było dobre i cenne dalej może stanowić ważny punkt odniesienia i inspirację pomagającą w codziennej orientacji. „Co on by zrobił w tej sytuacji?”, „Co ona by mi doradziła?” – to tylko pierwsze z brzegu przykłady tego, jak w dalszym ciągu możemy aktywnie komunikować się z utraconą przeszłością.

Strony: 1 2